|
Pażdziernik 2004
Puls Biznesu, 12.10.2004
Polish Energy Partners: kapitał na
wiatraki
Polish Energy Partners, spółka Enterprise
Investors, chce w tym roku trafić na giełdę. Szuka środków na
budowę farm wiatrowych. Polish Energy Partners (PEP), spółka
wyspecjalizowana w przygotowaniu, budowie i eksploatacji projektów
z zakresu energetyki przemysłowej i odnawialnej, chce jeszcze
w tym roku zadebiutować na warszawskiej giełdzie. Na parkiecie
zamierza uplasować akcje nowej emisji. Niewykluczone, że przy
okazji swoje walory spróbują upłynnić również dotychczasowi udziałowcy
PEP, fundusze z grupy Enterprise Investors (61,5%) i Polenergy
Investments (34,3%), kontrolowane przez Central and Eastern Europe
Power Fund.
Wpływy z podwyższenia kapitału PEP planuje przeznaczyć na nowe
projekty. Najbliższy realizacji jest Dipol, farma wiatrowa w
północnej Polsce, którą PEP podzieli się z deweloperską spółką
EPA.
- Na razie nie możemy ujawnić planowanej lokalizacji farmy ani
jej rozmiarów, bo mogłoby to umożliwić oszacowanie wielkości
emisji, którą musimy zachować w tajemnicy do czasu zatwierdzenia
prospektu przez KPWiG - wyjaśnia Robert Stelmaszczyk, prezes
PEP.
Spółka chce rozpocząć budowę wiosną 2005 r. Łącznie na lata
2005-06 planuje sześć nowych projektów - dwa wiatrowe i cztery
przemysłowe.
Dotychczasowy dorobek PEP to własne elektrociepłownie Wizów
i Zakrzów oraz należąca do spółki zależnej EC Saturn. Pierwsza
zaopatruje zakłady chemiczne, druga wrocławski Polar, a trzecia
papiernię Frantschach Świecie. PEP eksploatuje też EC Jeziorna,
którą dzierżawi od Zakładów Papierniczych Metsa Tissue. Łączna
moc obiektów obsługiwanych przez PEP wynosi 111 MWe i ponad 600
MWt. Roczne przychody spółki sięgają 60 mln zł.
Gazeta Wyborcza, 9.10.2004
Wiatraki zamiast
kominów,
Autor: Andrzej Hołdys
Na powierzchni Ziemi jest odpowiednio przestronnie
i wietrznie, by ustawić kilka
milionów wiatraków i z nich czerpać cały prąd - wyliczyli holenderscy
naukowcy.
Zamknijmy kopalnie węgla kamiennego i brunatnego, wygaśmy szyby
naftowe, zakręćmy
kurki przewodów, którymi płynie gaz, bo wystarczy wiatr - dowodzą
w ostatnim numerze
fachowego pisma "Energy Economics" badacze z Uniwersytetu
w Utrechcie Monique
Hoogwijk i jej dwaj współpracownicy Wim Turkenburg oraz Bert
de Vries. Ich zdaniem
energia, jaka kryje się w ruchach powietrza na Ziemi, jest na
tyle duża, że wystarczy jej dla
wszystkich, i to z naddatkiem.
Chiny dla wiatraków
Świat zużywa co roku blisko 16 bln kWh
energii. Wypada średnio po 2500 kWh na osobę.
Większość spala przemysł, ale mniej więcej jedną czwartą -
gospodarstwa domowe.
Oczywiście największymi konsumentami prądu są kraje zachodnie.
Równocześnie ponad dwa
miliardy ludzi, czyli jedna trzecia populacji, w ogóle nie
ma dostępu do sieci elektrycznej.
Uczeni z Utrechtu szacują, że wiatr chwytany przez turbiny
zbudowane na lądach mógłby
dostarczać co roku około 96 bln kWh. To nie wszystko. Do tego
należałoby jeszcze doliczyć
wiatraki, które można zakotwiczyć na płytkim dnie morskim w
odległości kilku kilometrów
od brzegu. Ich maksymalny potencjał wyliczono na blisko 30-40
bln kWh, ale to tylko bardzo
szacunkowe dane, bo - jak uważają holenderscy badacze - brak
jest wystarczającej ilości
danych na temat prędkości wiatru na morzu.
Za to na lądach takich danych nie brakuje,
tu stacje meteorologiczne działają od dawna, ich
sieć jest najgęstsza w Europie i Ameryce Północnej. Hoogwijk
i jej koledzy wykorzystali
informacje z ponad 3500 stacji pomiarowych, a za odpowiednie
do budowania turbin uznali te
miejsca, w których średnia prędkość wiatru na wysokości 10
m. wynosi 4 m. na s.
Okazało się, że aż cztery piąte powierzchni ziemskich lądów
nie nadaje się na budowę
wiatraków, bo wieje tam słabiej. Badacze wykluczyli też tereny
gęsto zabudowane i silnie
uprzemysłowione, cenne przyrodniczo, a także góry i jeziora.
Ale i tak pozostało sporo lądów,
na których można ustawić turbiny: ok. 10 mln km kw. (obszar
wielkości Chin). Dostarczana
przez nie energia przewyższyłaby sześciokrotnie obecne potrzeby
świata, ale... byłaby
niezwykle kosztowna. Holendrzy wyliczyli, że wyprodukowanie
1 kWh kosztowałoby
średnio dolara, czyli ok. 25 razy więcej niż w przypadku energii
uzyskanej z tradycyjnych
surowców.
Czyżby więc wiatr był drogą donikąd? Nie.
Trzeba jednak ograniczyć się tylko do tych
terenów, gdzie wiatry wieją najsilniej i tym samym są najtańsze.
Porozmawiajmy o kosztach
Holendrzy dowodzą, że można wyprodukować
energię wiatrową w ilościach
zabezpieczających wszystkie potrzeby energetyczne świata
w cenie 7-8 centów za 1 kWh. -
To już tylko dwa razy drożej w porównaniu z węglem czy ropą.
A przecież cena tych
ostatnich surowców - w miarę jak ich ubywa - rośnie, a cena
wiatru - w wyniku rozwoju
nowych technologii - systematycznie spada. Są już takie miejsca
na Ziemi, gdzie prąd z
wiatru kosztuje tylko 4-5 centów za 1kWh - zauważa Hoogwijk.
Z jej wyliczeń wynika, że aby zaspokoić
głód energetyczny świata, trzeba byłoby na
najbardziej wietrznych obszarach, łącznie zajmujących 2,5 mln
km kw. (osiem razy więcej
niż terytorium Polski), postawić około 5 mln turbin wiatrowych
(każda o mocy dwóch
megawatów - to największe z dziś konstruowanych urządzeń).
Gdyby holenderską propozycję zastsować
do Polski, która rocznie zużywa około 150
miliardów kWh energii, to wystarczyłoby na nasze potrzeby zbudować
ok. 30-40 tys. takich
turbin. Zajęłyby one 15-20 tys. km kwad., czyli kilka procent
powierzchni kraju. Czy to
możliwe? Teoretycznie można sobie wyobrazić, że prąd pozyskujemy
głównie z wiatru. Z
analiz wykonanych przez Instytut Meteorologii i Gospodarki
Wodnej wynika, że mniej więcej
jedna trzecia powierzchni kraju ma korzystne lub bardzo korzystne
warunki do produkcji
energii wiatrowej. Najlepsze są wybrzeże Bałtyku i Suwalszczyzna,
a także pas nizin
centralnych od Słubic po Warszawę. Potencjał wiatru wiejącego
na Polską oszacowany został
na ok. 80-90 mld kWh rocznie, czyli aż dwie trzecie krajowego
zużycia prądu.
Kapryśna moc
Na koniec kubeł zimnej wody. - Wiatr oczywiście
nie może być jedynym źródłem energii na
świecie. Jest zbyt kapryśny. Jednego dnia wieje, drugiego znika.
Wtedy trzeba czerpać prąd z
innych źródeł - zauważa współautor raportu Bert de Vries. W
Niemczech, które są na świecie
potęgą wiatrową, turbiny pracują tylko przez kilkadziesiąt
dni w roku. Gdyby nasi sąsiedzi
polegli tylko na nich, przez trzy czwarte roku żyliby bez prądu.
- Ale coraz powszechniej
myśli się o tym, by w jakiś sposób zmagazynować lub przetworzyć
energię wiatru. Można ją
np. wykorzystać do napełniania wodą zbiorników przy elektrowniach
wodnych lub też do
taniej produkcji wodoru, który jest uważany za paliwo przyszłości.
To tylko kwestia pomysłu,
jak nie wypuścić z rąk raz złapanej energii wiatrowej - mówi
de Vries.
Dmucha energią
Biznes wiatrowy szybko się rozwija. Moc
turbin rośnie z roku na rok w tempie 30-40 proc.
Na koniec 2003 roku przekroczyła 39 tys. MW. To więcej niż zdolność
produkcyjna
wszystkich polskich elektrowni. Liderem są Niemcy (14,6 tys.MW),
kolejne miejsca zajmują:
USA, Hiszpania, Dania i Indie. Światowe Stowarzyszenie Energii
Wiatrowej (WWEA)
przewiduje, że za cztery lata łączna potencjał wiatraków na świecie
przekroczy 100 tys. MW.
W 2020 roku wiatr może zaspokajać aż 12 proc. światowego zapotrzebowania
na prąd. "Koszt jego produkcji spadnie do 2,5 centa za 1kWh" -
czytamy w eksprtyzie WWEA z maja
tego roku.
Unia Europejska chce, by w 2020 roku moc
jej wiatraków wynosiła 180 tys. MW. Dostarczą
prąd do połowy mieszkań w UE. Chiny zapowiadają budowę turbin
o mocy 20 tys. MW.
Chcą na ten cel przeznaczyć 100 mld dolarów, jeszcze więcej
Europa - 130 mld dolarów i
USA - 140 mld.
Energia wiatrowa szybko tanieje. Na początku
lat 80. kosztowała kilkanaście razy więcej, a
dziś już najwyżej dwa razy więcej niż energia pozyskana z ropy
i węgla. A gdyby w rachunku
opłacalności uwzględnić po stronie strat szkody ekologiczne
i zdrowotne związane ze
spalaniem tradycyjnych kopalin, okazałoby się, że wiatr jest
już dziś konkurencyjnym
źródłem taniego prądu. Na jego sprzedaży branża wiatrowa zarobiła
w 2002 roku ok. 8 mld
dolarów. Za 15 lat dochody wzrosną dziesięciokrotnie - ocenia
Europejskie Stowarzyszenie
Energii Odnawialnej (EREC). Przedstawiło ono scenariusz, wedle
którego w 2040 roku
połowa prądu może być już wytwarzana z surowców odnawialnych
(biomasy, wiatru, słońca,
wody, źródeł geotermalnych). - Potrzebna jest tylko wola polityczna.
Technicznych przeszkód
już nie ma - przekonują eksperci.
W Polsce, zdominowanej przez węgiel kamienny
i brunatny, udział energii wiatrowej jest
znikomy. I raczej taki pozostanie. Wprawdzie zobowiązaliśmy
się przed Unią Europejską, że
w 2010 roku 7,5 proc. naszej energii pochodzić będzie z surowców
odnawialnych, ale
głównym źródłem tego alternatywnego prądu będzie - wszystko
na to wskazuje - spalanie
biomasy.
|